Kostaryka 566 km | razem 15 838 km

29.03 – 05.04.2019, Kostaryka
Przejechane 566 km, w sumie 15 838 km, pozostało 10 803 km

Kostaryka przywitała mnie cudnie choć surowo. Pierwszego dnia, gdy jechałam słynną Panamerican highway, nad moją głową skakały małpki na drzewie. Zatrzymałam się i cieszyłam przyroda i ich radosnym harcowaniem oraz nawoływaniem, co sugerować by mogło, że teraz będzie tylko lepiej. Jechałam przez przepiękny krajobraz jak w Meksyku, jak w górach Gwatemali, jak w Belize. Wzgórza, puszcza i mały ruch na drodze. Niczego więcej mi nie trzeba. Podjechałam do miasteczka, żeby kupić nowy chip do telefonu i internet, bo wifi bardzo ciężko znaleźć, a jak jest to i tak kiepskie i wolne jakby go nie było. Kupiłam kartę, ale dziewczyny w sklepie nie umiały mi jej aktywować, także po 4 godzinach prób zdecydowałam się ruszyć dalej mimo, że zapłaciłam a mój internet nie działał. Bezpieczeństwo jednak ważniejsze, bo musiałam przede wszystkim znaleźć miejsce na nocleg. I tutaj kolejny cios. Okazało się, że policja nie przyjmuje takich jak ja włóczęgów i jest to przepis ogólnokrajowy. Wybłagałam, żeby mnie przyjęli jednak za ich ogrodzeniem, przy jezdni, wprost pod padającym światłem latarni, pozwolili mi rozbić mój namiot. Bardzo byłam zła, bo wciąż przyzwyczajona do swego rodzaju luksusu i tego, że policja, straż pożarna lub czerwony krzyż zawsze pomaga i mogę rozbić namiot na posterunku, a często nawet dostaje własną prycze, materac, kawałek podłogi lub chociaż przestrzeń między wozami strażackimi, by zahaczyć o nie swój hamak. Tutaj nic, zero i musisz spać przy jezdni, co w Ameryce centralnej zwykle znaczyło duże niebezpieczeństwo. Ale nie ma innej opcji i położyłam się spać…

I drugi dzień przywitał mnie cudnie, choć jeszcze bardziej surowo. Jechałam przez przepiękny krajobraz, jechałam w pobliżu pięknych gór i szczytów, w oddali widziałam wulkany, podczas przejazdu przez dżunglę widziałam kusy tyłek sarny co prawie wywołało we mnie łzy radości, bo przypomniałam sobie znowu Kanadę i Góry Skaliste oraz przyrodę, naturę, pyszny i zimny smak wody oraz ciszę, za którymi tak tęsknię… I zapomniałam nawet przez chwile o tym, że droga którą teraz jadę to ordynarna Panamericana, paskudna, zatłoczona, pełna martwych ciał zwierząt i ptaków autostrada. Wysokie góry Gwatemali zniszczyły mnie mentalnie i dla mojego bezpieczeństwa i zdrowia psychicznego zdecydowałam się zrezygnować z przejazdu przez góry Salwadoru, Hondurasu i Nikaragui biorąc za zasadne porady policji oraz nabyte, bolesne doświadczenia. I strasznie dziwny jest ten świat, bo podczas mojej podroży, przejechałam przecież przez całą masę niebezpiecznych miejsc. Takich miejsc, które odradzali mi wszyscy localsi: jak gangsterskie Ajusco, jak wschodnie, narkotykowe okolice jeziora Chapala, jak góry w pobliżu Orisaba, gdzie rowerzyści wjeżdżają tylko w grupach, nigdy solo, jak Sierra Negra i góry Chiapas upstrzone narkotykowym biznesem oraz tak naprawdę cały główny szlak przemytu narkotyków i ludzi w Meksyku. I nic nigdy mi się tam nie stało. Kończąc Nikarague wszyscy mi mówili, że najgorsze mam już za sobą, że Kostaryka i Panama są bardzo bezpieczne. Ale mojego drugiego dnia w Kostaryce obrobiono mnie w nocy i straciłam całą elektronikę: aparat, go pro, sporo małych, potrzebnych rzeczy i pieniądze. Tak, drugi dzień to stanowczo nie był też mój dzień…
I jechałam przez Kostarykę pełna uprzedzeń, bo mimo ze wiedziałam, że nie wszyscy Kostarykańczycy są źli, to wierzcie mi, naprawdę trudno lubić po czymś takim jakiś kraj i rośnie duży dystans między tobą a jego mieszkańcami. I widziałam wiele pięknych rzeczy i zwierząt, jak na przykład dziesiątki krokodyli odpoczywających nad rzeką, ale nie miałam aparatu i widok ten nie dawał mi już aż tak wielkiej radości. Zdałam sobie sprawę, że jestem uzależniona od mojej kamery oraz aparatu, że przecież powinny mnie cieszyć krokodyle widziane z mostu. I cieszyły, ale nie tak jak kiedyś, gdy mogłam zrobić im zdjęcie. Pstryknęłam wiec kilka fot telefonem i dało mi to jakaś namiastkę szczęścia, ale to tak jakbyś był graczem komputerowym na współczesnym sprzęcie, a ktoś Ci nagle kazał grać w „węża” na telefonie Nokia 3310. Boli. Próbowałam się bronić, ale to wszystko spowodowało, że zaczęła we mnie rosnąć wielka apatia i smutek oraz depresja. Sytuacji nie poprawiało to, że każdego dnia miałam problemy z noclegiem, bo policja nie chciała pomagać i każdy wieczór to był dla mnie kolejny stres. Po felernej kradzieży gdzie byłam napastowana przez policjanta, kolejny policjant na innym posterunku próbował zdobyć mój numer telefonu nie wiem po co. Nie dałam i odjechałam wściekła rano. Ale kilka dni później napisał do mnie na FB. Nigdy nie widział mojego paszportu i nazwiska. Jak mnie znalazł? Wolę nie wiedzieć, ale zgolenie włosów nie działa… Wybrzeże Kostaryki okazało się bardzo piękne. Zostałam zaproszona na kilka dni w góry, gdzie miałam wspaniała panoramę na morze i skalne zbocza – mały raj 3 dni przed granicą. Tutaj zaczęłam kolejny, już nie wiem który raz składać się do kupy, bo podróż rowerowa jest jak życie, wciąż musisz wstawać z kolan i pedałować, nawet jak masz już czasem wszystkiego dość, chcesz zasnąć i już się nigdy nie obudzić. I dni schodziły mi na patrzeniu na morze oraz góry, co jest jak jedna wielka rozmowa z uniwersem, jak modlitwa z bogiem i jak muzyka dla mnie. I zaczęła znów budzić się tęsknota za tym, co za chwilę będzie, za Andami w Ameryce Południowej. Chwyciłam się tej myśli jak tonąca, bo tylko tak mogłam podciągnąć się znów z kolan. Musiałam znowu uwierzyć, że przecież mam skrzydła i mogę latać wysoko, chociaż wszyscy mówili, że ludzie nie mogą latać. Musiałam znowu uwierzyć, że jestem piratem, chociaż wszyscy mówili, że nie ma już piratów na świecie. Nie mogę się poddać bo jestem dzieckiem gór, jestem córka wiatru. W sekretnym porcie czeka mój statek, który zaprowadzi mnie do Andów. Znowu polecę wysoko, wyżej już w Ameryce się nie da…. Spakowałam rower i ruszyłam na granicę z Panamą, ostatnim krajem Ameryki Centralnej.

Skomentuj ten wpis